Najlepsza polska florecistka ostatnich lat Sylwia Gruchała nie kryła rozczarowania po słabym występie w turnieju indywidualnym igrzysk w Londynie, ale przyznała, że kiedyś po porażce byłaby bardziej wkurzona. "Nie jestem już Sylwią-wojowniczką" - zaznaczyła.

Zdjęcie

Sylwia Gruchała (z prawej) szybko pożegnała się z turniejem indywidualnym /- /AFP
Sylwia Gruchała (z prawej) szybko pożegnała się z turniejem indywidualnym
/- /AFP
Nie tak wyobrażała sobie pani start w turnieju indywidualnym. Porażka w pierwszej rundzie z Japonką Kanae Ikehata (8:9) to chyba spore rozczarowanie?

Sylwia Gruchała: Na pewno była to rywalka, z którą mogłam wygrać. Miałam przewagę, prowadziłam 5:3. Szkoda, że nie utrzymałam dobrej dyspozycji z początku walki. Z drugiej strony ciężko walczy się z przeciwnikami leworęcznymi. Szkoda, bo spodziewałam się więcej po turnieju indywidualnym.

Reklama

Przed panią jeszcze drużynówka, która była mocno stroną polskich florecistek. Czy po słabym starcie indywidualnym wierzycie w sukces?

- Mam jeszcze większą motywację, żeby wykorzystać tę ostatnią szansę. Niejednokrotnie pokazałyśmy, czy to na mistrzostwach globu, czy w Pucharze Świata, że po kiepskich walkach w turniejach indywidualnych potrafimy zmobilizować jako zespół. W rywalizacji indywidualnej każdy odpowiada tylko za siebie, a w drużynówce ode mnie zależy też los koleżanek, a mój - od ich postawy.

Jednak pierwszy rywal w turnieju drużynowym - Francja - nie do końca wam odpowiada?

- Faktycznie, Francuzki nam nie leżą. Wielokrotnie z nimi przegrywałyśmy. Ostatni raz pokonałyśmy je w 2009 roku na mistrzostwach Europy. To nie oznacza, że podchodzimy do tego meczu ze spuszczonymi głowami. Wręcz przeciwnie. W końcu wszystko, co robiłyśmy w ostatnich latach, było podporządkowane igrzyskom. Jak wygramy, to wierzę, że będzie medal. Potem prawdopodobnie trafimy na Włoszki. One są faworytkami, ale będą też walczyć pod presją. My natomiast nie mamy nic do stracenia.

W rywalizacji drużynowej wywalczyła pani wicemistrzostwo olimpijskie w Sydney. Potem były medale mistrzostw Europy czy świata. W czym tkwi tajemnica sukcesu?

- Te turnieje rządzą się swoimi prawami. Ja osobiście wolę startować w drużynówce. Są większe emocje, a w przypadku sukcesu - większa radość. Myślę, że naszą mocną stroną może być fakt, że rzadko w turniejach drużynowych walczymy w takim właśnie składzie. W zespole jest naprawdę świetna atmosfera, nikt do nikogo nie ma pretensji. Wierzę w ten zespół. Dziewczyny mają charakter, Gosia Wojtkowiak zasłużyła na medal olimpijski.

Jak spędzicie te kilka dni przed turniejem drużynowym?

- Będziemy trenować, odpoczywać i kibicować kolegom, którzy niemal codziennie będą walczyć. My, szermierze, trzymamy się razem. Nawet w wiosce olimpijskiej mieszkamy wszyscy w jednym apartamencie.

To już pani czwarte igrzyska. Jak pani wspomina wcześniejsze starty?

- W Sydney miałam 19 lat i mogę powiedzieć, że byłam jeszcze dzieckiem. Żyłam każdą chwilą. Nie wiedziałam zupełnie jak to "smakuje". Jako dziecko miałam marzenia o medalu, ale wtedy były nierealne. A tu na dzień dobry "blacha" na szyi. Cztery lata później w Atenach była już wielka presja, bo rok wcześniej zdobyłam wicemistrzostwo świata. Przed igrzyskami byłam trzecia w świecie, więc miałam realne szanse na medal. Pół roku przed startem towarzyszył mi ogromny stres. Po igrzyskach w Grecji miałam ochotę skończyć ze sportem, bo to była dla mnie sytuacja nie do zniesienia. Wytrzymałam to na szczęście, choć wówczas miałam lekki niedosyt, bo chciałam wygrać. Dziś uważam, że ten brąz jest dla mnie jak złoto.

W Pekinie nie było już tak różowo. Podobnie jak w Londynie, porażka już w pierwszej rundzie.

- To były bardzo trudne igrzyska. Kiepsko byłam przygotowana. Przy okazji przeziębiłam się, po w autobusach działała klimatyzacja i było strasznie zimno. Po zakończeniu igrzysk chciałam uciec. W końcu znalazłam swoje miejsce, nie poddałam się. Przeszłam bardzo trudno drogę.

Co panią trzymało przy szermierce?

- Wiele osób, firm mi pomaga, ale gdyby nie wsparcie wojska, byłoby ciężko. W reprezentacji olimpijskiej aż siedmioro z ośmiorga szermierzy jest na kontrakcie w armii. Dzięki temu zawodnik dojrzały, 30-letni, może dalej uprawiać sport, a nie szukać pracy, z której miałby większe pieniądze. Bo w szermierce ciężko zarobić na coś więcej niż chleb. Startujemy w mistrzostwach świata wojskowych, ostatnio w Brazylii zdobyłyśmy srebrny medal w drużynie, a indywidualnie też byłam druga.

Jak się pani podoba w Londynie?

- Przyjechał do mnie mój mężczyzna Krzysztof i trener klubowy Piotr Majewski, którzy są dla mnie wsparciem. Bardzo podoba mi się stołówka, gdzie są wszystkie kuchnie świata. Ostatnio smakowała mi jagnięcina z grilla. Tutaj są wysokie budynki mieszkalne, dlatego wszystko jest bardziej skumulowane i wszędzie jest blisko. W wiosce olimpijskie w Pekinie na stołówkę musiałyśmy dojeżdżać autobusem. No i póki co mile zaskoczona jestem pogodą - zupełnie jak nie w Anglii.

Myśli pani o kolejnych igrzyskach?

- Te są chyba ostatnie. Mam już prawie 31 lat. I nie jestem już chyba tą samą Sylwią- wojowniczką, którą byłam kiedyś. Nie ma we mnie takiej dużej sportowej złości jak wcześniej. Kiedyś po porażce byłabym bardziej wkurzona.

Artykuł pochodzi z kategorii: Londyn 2012

Więcej na temat:Sylwia Gruchała | Londyn 2012

Zobacz również

  • Polscy paraolimpijczycy złożyli ślubowanie w Warszawie

    101 zawodników reprezentować będzie Polskę w XIV igrzyskach paraolimpijskich. W piątek wieczorem w Warszawie sportowcy i ich trenerzy złożyli ślubowanie, a w sobotę odlecą w dwóch grupach do... więcej