Jeśli można spersonifikować szybkość w sporcie, to nie ma lepszego sposobu niż sięgnięcie po Usaina Bolta. Jeżeli ktoś chciałby opracować wzór gigantycznej imprezy sportowej, przeprowadzonej sprawnie, dynamicznie, a jednocześnie emanującej emocjami, to musiałby w sporej mierze posłużyć się przykładem Igrzysk Olimpijskich XXX Olimpiady Londyn 2012.

Zdjęcie

Usain Bolt z koszulką Manchesteru United, któremu kibicuje. /AFP
Usain Bolt z koszulką Manchesteru United, któremu kibicuje.
/AFP
Przyciągnąć do największe aglomeracji Europy ponad 10 tys. sportowców, dwa tys. dziennikarzy i około miliona turystów, którzy środki komunikacji szturmowali razem z 15 milionami mieszkańców zespołu miejskiego Londynu, to zadanie niemalże karkołomne. I bez szybkiej, sprawnej komunikacji i jeszcze lepszej organizacji, niemożliwe do zrealizowania.

Zdarzało się, że pędząc na sportową rywalizację na jednej z kilkunastu rozsianych po całym mieście aren utknęliśmy dwa czy trzy razy w metrze, bo zepsuł się pociąg w tunelu (Central Line), bądź zdarzały się utraty sygnału trakcyjnego (Jubielee i District Line). Ogólnie jednak komunikacja działała sprawnie, a nawet cmokałem z podziwu, jak szybko organizatorzy potrafią przetransportować z Parku Olimpijskiego do centrum miasta około 100 tys. kibiców.

Reklama

Z dzielnicy Stratford, w której mieści się Park Olimpijski, do centrum prowadziły dwie linie metra (Central i Jubilee), ale najbardziej oblegany był superszybki pociąg Javelin, który bez przystanków mknął do leżącej blisko centrum stacji St. Pancras z prędkością około 150 km/h, dzięki czemu odcinek 12-13 km pokonywał w siedem minut! W porównaniu z jadącą do centrum pół godziny Jubilee Line, czy 45 minut - Central Line, była to gigantyczna różnica, spora oszczędność czasu.

Dla kibiców, wszystkich zmierzających na igrzyska Javelin był za darmo. Bramki pootwierane na oścież, żadnych sprawdzań biletów.

Wszystko to dzięki żelaznej konsekwencji w zarządzaniu tłumem. Idąc kilka razy w rzece ludzkich głów po północy (tak kończyły się zawody lekkoatletyczne), na widok kolejkowych menedżerów (Queue Manager), którzy w pomarańczowych kamizelkach kierowali tłumem upychając go w labiryncie z barierek, prowadzącym na peron, przychodziły do głowy sformułowania: reżim, zamordyzm (żadnych odstępstw od reguł), a nawet faszyzm, choć ten ma złe konotacje związane z rządami Mussoliniego.

Ale dzięki temu zamordyzmowi to wszystko działało sprawnie i nikt nikogo nie tratował. Menedżerowie kolejek zapełniali jeden peron, dopiero wtedy, gdy ludzie przestawali się na nim kokosić podjeżdżał superszybki pociąg Javelin i zabierał ich do centrum. Po zapełnieniu jednego peronu wpuszczano ludzi na kolejne dwa, a pociągi odjeżdżały co pięć minut, aż rozładowały kolejki.

Twarde zasady obowiązywały także na zawodach. I musiał się im podporządkować każdy. Nawet najszybszy człowiek świata - Usain Bolt, który był największą dźwignią marketingową londyńskich igrzysk. Bolt, jak przystało na Jamajczyka, to człowiek wyluzowany, wesoły, skory do zabaw psot i zamordystyczne obyczaje pasują do niego jak pięść do oka. Siłą rzeczy ulegał im jednak, ale naigrywał się z nich na każdym kroku.

Najbardziej dynamiczny olimpijczyk opowiadał z życia wzięte anegdoty po swych.

- Idę sobie ze skakanką, by się przy jej użyciu rozgrzać przed startem finału na 100 metrów, aż tu nagle wolontariusze mi ją odbierają. Pytam: "Dlaczego"? "Those are the rules, sir" (Takie są zasady proszę pana) - słyszę w uzasadnieniu - mówił Bolt po tym, jak pobił rekord olimpijski, ale tego samego wieczora miał jeszcze jedną przygodę związaną z sakramentalnymi niemalże zasadami.

- Przed wyjściem na finał biegu na 100 m podskakiwałem sobie w tunelu dla rozgrzewki, ale mnie ustawili w szeregu z innymi i kazali, by się nie ruszać. "Those are the rules" - uzasadnili. - Odparłem do tego porządkowego: "Człowieku, za chwilę staniemy do wyścigu, który będzie oglądało kilkaset milionów ludzi na całym świecie, a ty się przejmujesz takimi pierdołami?" - śmiał się Usain Bolt.

Słowo "zasady" padało z ust najszybszego sportowca świata także po finale sztafety 4x100 m, w której Jamajczycy pobili rekord świata. -  radości chciałem z kolegami z reprezentacji zrobić jeszcze jedną rundkę dookoła stadionu, ale wolontariusz zabrał mi pałeczkę. "Those are the rules" - usłyszałem, a na dodatek dodał, że mogą nas zdyskwalifikować, jeśli nie oddamy tej pałeczki! Na szczęście później, gdy wracałem do szatni, zwrócono mi ją - dziwił się nadgorliwości organizatorów Usain Bolt, którego zamieniono w ten sposób w ujarzmioną zasadami szybkość.

Usain Bolt bije rekord świata - 9.58 na 100 m

Michał Białoński

Artykuł pochodzi z kategorii: Londyn 2012

Zobacz również

  • Ryszard Stadniuk został ponownie przewodniczącym Zarządu Wioślarstwa Europejskiego (ERMB). Jak zaznaczył po powrocie do Polski, ma satysfakcję, że jego dotychczasową działalność wysoko ocenili... więcej