Mistrz Europy z Barcelony Marcin Lewandowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) opowiedział o niepowodzeniu w igrzyskach olimpijskich w Londynie, siostrze, dla której jest idolem, wakacjach i tatuażach.

Zdjęcie

Marcin Lewandowski nie załamał się po starcie na igrzyskach /AFP
Marcin Lewandowski nie załamał się po starcie na igrzyskach
/AFP
Ochłonął pan po igrzyskach?

Marcin Lewandowski: - Zdecydowanie tak. Świat się nie zawalił, żyję dalej. Mam tych samych przyjaciół, tę samą rodzinę. Oczywiście jakiś niedosyt pozostał. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że mogę nie wystąpić w finale. Niestety w bardzo ważnym okresie przygotowań podkręciłem staw skokowy i z sześciu tygodniu wypadły mi aż trzy. Wykonałem zatem połowę treningu, a na takim etapie to bardzo dużo. Organizmu się nie oszuka. Efektem było niepowodzenie w igrzyskach.

Reklama

Dziewiąte miejsce w Londynie to niepowodzenie?

- Tak, ale nie porażka, bo tak nie mogę mówić. Każdemu życzę, by był w swojej profesji dziewiątym człowiekiem na świecie. Dlatego w jakimś stopniu jestem zadowolony. Cel nie został osiągnięty, ale na pewno nie ma katastrofy. Sport jest piękny dlatego, że każdy start to rozdanie kart. Nazwiska ani wcześniejsze wyniki się nie liczą, stajemy na jednej linii i wtedy wszystko jest możliwe.

Widział pan na żywo bieg Davida Rudishy po złoty medal olimpijski i rekord świata?

- Tak. Byłem wtedy na stadionie. Fenomenalny bieg, nie tylko w jego wykonaniu, ale wszystkich ośmiu zawodników. Żałuję, że nie udało mi się być w tym finale. Tam należało bowiem tylko zamknąć oczy i biec. A może przyniosłoby to rekord Polski? Taka szansa się już nie powtórzy, bo nigdzie nie będzie takiej motywacji, jak w finale olimpijskim. Każdy marzy o medalu i jak już się w nim jest, to się wierzy, że się go będzie miało. Bez względu na to, kto stoi na starcie.

Rekordu świata i złotego medalu Rudishy można się było spodziewać, ale co pan powie o drugim na mecie reprezentancie Botswany Nijelu Amosie? W ciągu roku poprawił rekord życiowy o pięć sekund.

- Na tym poziomie jest to naprawdę dziwne, ale, jak widać, cuda się zdarzają. Gość jest niesamowity, ale na pewno nie ma tutaj co mówić o jego wieku. Wielu ludzi podnieca się tym, że ma dopiero 18 lat i robi takie wyniki. Jeśli jednak ktoś orientuje się w temacie, wie, że on jest starszy, a taki rocznik zapisano jedynie w jego paszporcie. Rzeczywistość jest inna, ale to nie ma żadnego znaczenia. Nieważne, czy ktoś ma 15, 20 czy 35 lat, liczy się czas na mecie. On osiągnął kosmiczny rezultat i dlatego czapki z głów.

Jak będzie pan wspominał Londyn?

- Cieszę się przede wszystkim, że mogłem sprawić olbrzymi prezent moim rodzicom i najmłodszej siostrze. Udało mi się sprowadzić ich na igrzyska, byli na stadionie, weszli również do wioski olimpijskiej. Poznali tam wielu wspaniałych sportowców. Przyszedł i przywitał się z moją rodziną np. Abubaker Kaki, wicemistrz świata z Daegu, co było zwłaszcza dla mojej siostry szczytem marzeń. Dla nich była to wycieczka życia.

Pana młodsza siostra też już trenuje?

-Na razie się bawi. Jest jeszcze za młoda, żeby mówić o profesjonalnym treningu. Ma dopiero 11 lat, dlatego ma przede wszystkim cieszyć się tym, co robi. Dużo eksperymentuje. Raz skacze w dal, potem wzwyż, a jeszcze innym razem biega. Warunki na pewno ma niesamowite, podobne do kenijskich. Śmiejemy się, że nogi ma jak u pająka, poza tym jest bardzo szczupła i wysoka jak na swój wiek. Na pewno nie można wywierać na niej teraz presji, a trenerzy niestety tak robią, mówiąc że powinna gonić brata. To stres dla tak młodej dziewczyny.

Jest pan jej sportowym idolem?

- Jak najbardziej. Ona jeszcze niedawno nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej brat był mistrzem Europy i co to znaczy. Dla niej było to po prostu normalne, bo zawsze miałem jakieś osiągnięcia. Im jest starsza, tym częściej słyszy pytania, czy naprawdę jest moją siostrą. Od razu wtedy zyskuje szacunek u kolegów i koleżanek.

Czy dziewiąte miejsce w igrzyskach odbije się również na pana portfelu?

- Na pewno się odbije, ale nie wiem jeszcze w jakim stopniu. Mam nadzieję, że moja współpraca z głównymi sponsorami dalej będzie kontynuowana. Póki co mam kontrakty podpisane do końca roku i wkrótce przystąpimy do kolejnych rozmów. Chciałbym, żeby się udało, bo tak naprawdę nie wyszła mi jedna impreza. W poprzednich trzech sezonach byłem w finale każdych mistrzowskich zawodów i zdobywałem medale. A porażka jest przecież zawsze wliczona w koszty. Na razie skończył mi się kontrakt z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki i od sierpnia nie będę już otrzymywał stypendium.

Teraz ma pan wakacje?

- Pierwszy raz tak szybko mam wolne. Załapałem się jeszcze na końcówkę dobrej pogody. Niestety, moja narzeczona jest nauczycielką w przedszkolu i właśnie zaczyna pracę po wakacjach, więc się mijamy. Dlatego też nie planujemy wyjazdu na dwa tygodnie. To będą raczej dwu-, trzydniowe wypady po Polsce. Może uda się polecieć do Rzymu.

Ma pan dwa tatuaże. Skąd ten pomysł i co oznaczają?

- Tatuaż na ścięgnie Achillesa to dziecięcy wybryk i moja pamiątka po igrzyskach w Pekinie. Nie żałuję tego, bo to wartościowa rzecz, ale wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, jakie ryzyko wiąże się z tym dla sportowca. To przecież bardzo delikatne miejsce, bardzo narażone na kontuzje. Ze dwa lata temu zrobiłem sobie drugi tatuaż - na przegubie widnieje napis "Warrior", czyli wojownik, bo za takiego zawodnika uważam się na bieżni.

Artykuł pochodzi z kategorii: Londyn 2012

Zobacz również

  • W Londynie wystartowało aż 57 lekkoatletów-"dopingowiczów"

    W igrzyskach w Londynie wystartowało aż 57 lekkoatletów, którzy wcześniej odbywali karę dyskwalifikacji za stosowanie dopingu, a cztery zawodniczki zdobyły złote medale - poinformował w magazynie... więcej